Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   22
         

Kamil "Iwan" Iwanowicz

PRODUCENT: -    DYSTRYBUTOR: -   GATUNEK: FPP   WWW: -


To, że świat jest nieuczciwy, wiedziałem już od dawna. Co dzień słyszy się przecież o napadach, korupcji, politykach (;P) i tego typu sprawach. Myślałem, że jestem przygotowany na wszystko. Jednak to, co wyprawia Terminator na blaszaku, zwyczajnie nie mieści mi się w głowie. W geście bezradności mogę tylko rozłożyć ręce i zadać pytanie: Dlaczego do cholery konsole dostają całkiem wypasionego TERMINATOR 3: THE REDEMPTION, podczas gdy na PC-cie ląduje takie COŚ? No i w końcu, dlaczego akurat ja dostałem to do recenzji...



No dobrze, nie narzekam już, w końcu lepsze to niż np. komputerowe szachy czy kolejna część THE SIMS (no, teraz to podpadłem)... Wróćmy jednak do tematu, czyli do „Elektronicznego Mordulca”. Omawiana gra jest oparta oczywiście na trzeciej części kultowego filmu z Arniem w roli głównej. Jej premiera jest „trochę” opóźniona w stosunku do premiery filmu, ale co tam. W końcu najbardziej liczy się końcowy efekt produktu. Niestety... Echhh... Może po prostu zerknijcie na ocenę. Spotkamy się w następnym akapicie.

(kliknij aby powiększyć)
Widok z oczu T-900


Jeśli już wszyscy wiedzą, że TERMINATOR 3: WAR OF THE MASCHINES jest niezłym syfem, to chyba możemy przejść do szczegółów. Na początku dowiedziałem się, że jest to FPP. W mojej głowie z miejsca zagościł entuzjazm. W końcu nie może być źle - zrujnowane, wyniszczone miasta, bezlitosne roboty patrolujące teren, ludzie walczący o przetrwanie i oczywiście Arnie z ogromną spluwą w ręku siejący konkretne zniszczenie. Jednak to były tylko marzenia. Po stworzeniu profilu i ustawieniu parametrów grafiki ruszyłem w bój. Niestety, nie spotkała mnie tu żadna fabuła, wprowadzenie, nic z tych rzeczy. PeCetowy Terminator to wprawdzie gra FPP, ale przeznaczona tylko i wyłącznie do gry drużynowej - jak Q3, czy UT. Tutaj zostałem powalony na łopatki, ponieważ wybitnie kretyńskim pomysłem jest robienie multiplayerowej rozwałki mając do dyspozycji licencję trzeciego Terminatora. Żegnaj więc przygodo w postapokaliptycznym świecie! Tutaj muszę Was ostrzec, ponieważ kolejnego porażenia można doznać jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywki. Otóż w trybie singleplayer, ze startu mamy do dyspozycji wszystkie dostępne w grze mapy. Nie ma tu żadnych kwalifikacji, ani odblokowywania nowych trybów. Po prostu widzimy listę wszystkich aren- „najlepsze”, że jest ich tylko 12. Czyżby autorzy chcieli w ten sposób stworzyć nieliniową rozgrywkę? Nie wnikam.

W grze są pojazdy. Ale ich fizyka została w lesie.


Po wczytaniu planszy, stajemy przed wyborem - możemy postawić się po stronie SKYNETU (roboty) lub ekipy TECH-COM (ludzie). Po określeniu strony konfliktu, wybieramy jeszcze postać, którą będziemy sterować. W zależności od misji, mamy do wyboru odmienne jednostki. W drużynie TECH-COM mamy do wyboru kogoś na kształt snajpera (praktycznie bezużyteczny), kolesia z cięższymi argumentami (rakietnica lub minigun), tzw. Huntera, czyli chłopaka z karabinem i kogoś o nazwie „Supply”- lekka broń, ładunki wybuchowe, apteczki. Ekipa SKYNETU składa się głównie z dwóch rodzajów T-900, latających FK, T-1 (coś jak karabin na gąsienicach) i INFILTRATORA, który posiada te same uzbrojenie co roboty, jednak jest od nich szybszy (i odpowiednio mniej odporny na obrażenia). Na koniec zostawiłem tytułowego Terminatora - możemy go wybrać tylko wtedy, gdy postawimy się po stronie ludzi. Jednak jak na mój gust nie jest to żaden Terminator, co najwyżej gubernator Kalifornii ;). Poznałem to po tym, jak chodzi - odgłos tupania świadczy, że jest w pantoflach. A tak na serio, to postać Terminatora w grze nie jest niczym specjalnym - steruje się nim tak samo jak robotami ze SKYNETU. Jedyną atrakcją jest głos użyczony przez Arniego; kultowego „I’ll be back” nie usłyszałem, za to przy każdym respawnie głos powtarza „I’m back”. Coś się chyba „gupkowi” pomieszało.
No dobrze, postać wybrana, w końcu wkraczamy do właściwej gry. W zasadzie wszystko sprowadza się do wystrzelania jak największej liczby przeciwników. Oprócz tego, możemy zdobywać „bazy”. Na początku mamy tylko jedną, główną bazę, z której startujemy. Po planszy jest rozrzucone kilka takich miejsc i naszym zadaniem jest je zajmować. Polega to na podejściu do określonego punktu i... odczekaniu kilkunastu sekund, aż ikona symbolizująca bazę przybierze kolor naszej drużyny. W takim punkcie mogą już respawnować się jednostki z naszej drużyny (punkt respawnu wybieramy w specjalnym menu po każdej „śmierci”). Jeśli napotkamy bazę zajętą przez wroga, to musimy po prostu trochę dłużej pod nią postać, aby należała do naszej drużyny. Niestety, bazy te nie mają innego zastosowania, jak tylko punkty, w których kontynuujemy rozgrywkę po zaliczonym zgonie. Zapewne ciekawi jesteście, co trzeba zrobić w tej grze, żeby wygrać? Z początku przekonany byłem, że zwycięstwo zapewni przejęcie wszystkich punktów na mapie łącznie z główną bazą.
Niestety srodze się zawiodłem, gdyż głównej bazy przeciwnika po prostu nie da się przejąć. Idiotycznie rozwiązany respawn powoduje, że już samo dojście do niej jest cholernie trudne. A jeśli uda nam się tego dokonać, to w środku zastaniemy niewzruszoną ikonę wroga, która nie zmieni koloru choćby stać pod nią godzinę. Kluczem do zwycięstwa jest ilość fragów uzyskanych przez drużynę. Jednak nie ma tu jakiegoś limitu - musimy tłuc się aż do upływu czasu przeznaczonego na daną misję (czyli najczęściej ponad 15 min.). Po upływie tego czasu drużyna, która ma więcej punktów na koncie, zwycięża. Walka „na czas” okazuje się tak nudna, że aż szkoda gadać. Jednak to nie koniec „zalet”. Widać komuś nie wystarczyło wymyślić przedziwny i niegrywalny tryb walki drużynowej, więc dołożył coś, co można skomentować tylko wymownym „BUHAHAHAHAHAHA!”. A jest to możliwość dowolnego zmieniania strony konfliktu podczas trwania rozgrywki. Wygląda to np. tak - przez połowę czasu grasz ludźmi, by po kolejnej śmierci wcielić się w robota i strzelać do swoich byłych ziomów z drużyny. W praktyce możesz iść sobie zaparzyć herbatkę, a po kilkunastu minutach zmienić stronę konfliktu na wygrywającą. Ten, kto to wymyślił, albo ostro ćpa, albo jest chory na umyśle.

Halo, bez nerwów! To nie ja powiedziałem, że wyglądasz jak buc ze wsi...


Nie trzymających się kupy zasad gry dopełnia dynamika i toporność walk. Ja rozumiem, że robot nie zagina zbyt szybko, ale prędkość z jaką przechadza się T-900 jest po prostu nie do przyjęcia. Nie lepiej jest z ludźmi - chodzą trochę szybciej, ale Gracz nadal ma wrażenie, że guzdrzą się jak muchy w smole. Ja miałem tego „pecha”, że ostatnio zagrywam się w UT2004. Po przesiadce z tak dobrej gry, trzeci Terminator swoją topornością uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Po prostu walki w tej grze są tak nudne i beznadziejne, że aż szkoda gadać (zero dynamiki, zero taktyki - stoisz i strzelasz). Ale jak inaczej może wyglądać starcie dwóch pajaców wyposażonych w miniguny, którzy ruszają się z prędkością 90-letniego staruszka z bólem w kolanie? Jedyną rzeczą, która stoi w TERMINATORZE na przyzwoitym poziomie, to wygląd otoczenia - wygląd tekstur nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy (jeszcze) w 2004 roku. Niestety, postacie i obiekty jakie ujrzymy podczas rozgrywki są tak brzydkie, że aż śmieszne. Twarze chłopaków z drużyny wybitnie świadczą o ich ciężkim i skomplikowanym (?) dzieciństwie. Zaś roboty są po prostu... nijakie. Bardzo „egzotycznie” wygląda animacja śmierci; powiem Wam, że takiego czegoś to w życiu nie widziałem! Przypomina to jakąś parodię - trafiona postać w ślimaczym tempie przewraca się do tyłu i przez chwilę buja się na ziemi niczym kołyska. W tym aspekcie to już ktoś na serio przesadził. Oczywiście postać po kilku sekundach znika bez śladu zabierając ze sobą broń. Wracają jeszcze do grafiki - większość robotów z Terminatorem na czele widzi wszystko „na czerwono”, co skutecznie obniża walory graficzne. To tak, jakby w ALIEN VS. PREDATOR grać Predatorem na jednym tylko filtrze - prawda, że brzydko?

Kto wyskoczy?


Nie wspomniałem nic o muzyce, gdyż tutaj też jest dziwna sytuacja - muza włączą się w nieokreślonych momentach, zupełnie bez przyczyny. Ale nie powiem - jak już zacznie grać, to jest fajnie. Zabrnęliśmy już jednak do końca, więc nie przedłużam. TERMINATOR 3: WAR OF THE MASCHINES to gra beznadziejna, pełna błędów straszących na każdym kroku. Już sama jej koncepcja nie trzyma się całości, a wykonanie woła o pomstę do nieba. Jedynie grafika stoi na dopuszczalnym poziomie. Nie polecam tej gry nikomu, bo z filmem ma w zasadzie niewiele wspólnego i nie jest w stanie zaoferować Graczowi nic wartościowego.
Minimum: P3 1GHz, 128 MB RAM, karta 64 MB, DirectX 9.0b

Zalecane: P4 2GHz, 256 MB RAM, karta 128 MB
Poraszka przez "sz".


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   22